Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2016

Rumunia

Wyprawa do Rumunii to był niesamowity wyjazd. W sumie ponad 4000 km autem, 5 państw, 8 stukniętych osób w dwóch autach, to się nie mogło nie udać :D
                                           Ogólnie można powiedzieć YOLO!!!!!

Rumunia pewnie wielu osobom kojarzy się z dość dzikim krajem. I w sumie słusznie, szczególnie jeśli mamy na myśli przyrodę. Kraj podzielony pięknymi, wysokimi i dzikimi Karatami jest jednak na prawdę niezwykle przyjazny. Choć sama podróż samochodem przez Rumunię jest dość ekstremalnym wyzwaniem, stan dróg często pozostawia wiele do życzenia (ale to przypadłość nie tylko rumuńska), a przepisy ruchu drogowego stanowią raczej zbiór luźnych (często bardzo luźnych) sugestii to wszystko rekompensują nam widoki za oknem oraz sympatyczni Rumuni. Sami Rumuni uważają, że są potomkami starożytnych Rzymian stąd nazwa kraju Romania, a język rumuński do złudzenia przypomina włoski.

Naszą podróż rozpoczęliśmy od krótkiego przystanku w Budapeszcie, aby w końcu ruszyć na podbój krainy słynnego hrabiego Draculi. 

Podróż przez Transylwanię (Siedmiogród) z jej dziką przyrodą, po drodze zwiedzanie licznych mieścinek z rzędami kolorowych domków oraz licznymi pałacami, zamkami, fortyfikacjami. Zielone łąki, wolno biegające konie, pola słoneczników - ta część Rumunii zdaje się być nieco bogatsza i lepiej zagospodarowana niż część po drugiej stronie Karpat. Cel -> Kluż-Napoka czyli miasto Stefana Batorego. Kluż to piękne miasto uniwersyteckie. Klimatem zupełnie przypomina nasz Kraków. Mówi się, że miasto liczy sobie ok. 300 tys mieszkańców plus drugie tyle studentów czyli nie takie malutkie jakby się mogło wydawać.


Zabudowanie klasztorne w drodze do Kluż-Napoka


Dość częsty widok na drogach w całej Rumunii


W drodze do Kluż-Napoka nie można było nie zatrzymać się w Sighișoara, gdzie ponoć miał się urodzić sam Vlad Palownik znany później jako okrutny wampir Dracula.



Drugi przystanek był w Brasovie. Miasteczko wita nas dużym napisem BRASOV w stylu Hollywoodzkim zlokalizowanym na wzgórzu. Miasto to totalnie mnie zauroczyło. To świetne baza noclegowa i wypadowa do zwiedzania okolicy. Miasto żyje długo w nocy, jest ślicznie położone i urządzone. Tuż przy rynku znajduje się okazały kościół tzw. Czarny Kościół z XIV wieku.


Brasov położony jest w dolinie, a panoramę można oglądać wybierając się na spacer do dwóch baszt - białej i czarnej.

Z Brasova udaliśmy się w odwiedziny do hrabiego Draculi. Był to bardzo miły wyjazd choć sam zamek w rzeczywistości nie robi takiego wrażenia jak się spodziewałam. Zamek co prawda położony jest na skale, widoki dookoła są piękne, ale jest malutki z licznymi krętymi i wąskimi schodami. Atrakcja totalnie turystyczna, tłumy zwiedzających więc trudno znaleźć moment kiedy można na spokojnie coś zobaczyć. Mimo wszystko warto jechać.

Koło zamku zwiedzić można także skansen wsi rumuńskiej czy pospacerować po parku położonym u podnóża wzgórza. 
Oczywiście można też zakupić liczne pamiątki (bardzo komercyjne) na bazarku przy wejściu na teren zamku.

Brasov
W dalszą drogę ruszamy przez Karpaty - i to jest wyzwanie :D

Skoro musieliśmy przekroczyć Karpaty... wybraliśmy chyba jedną z dwóch najwyżej położonych i najpiękniejszych tras karpackich Trasfogaraska. Droga położona jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Przecina ona najwyższe pasmo górskie Karpat rumuńskich. Liczne zakręty, tunele itp. powodują, że obowiązuje tam ograniczenie prędkości do 40 km/h. Prawdę mówiąc nawet żal jechać szybciej ze względu na piękne krajobrazy dookoła :) 
Nad trasą przebiega także linia kolejki linowej (coś podobnego do naszej kolejki na Kasprowy Wierch). Droga otwarta jest tylko kilka miesięcy w roku - od października nawet do maja tunel w górnej części z powodu śniegu jest zamknięty.

Trasa niesamowicie prezentuje się kiedy patrzymy na nią z góry. Trzeba przyznać, że jest to wyzwanie dla kierowców i to dobrych.

Już po drugiej stronie pasma górskiego, przy trasie, można zobaczyć dużą zaporę na rzece Ardżesz o wysokości 160 metrów tworzącą jezioro Vidraru i ma długość 14 km, choć jadąc tymi serpentynami ma się wrażenie, że jezioro się nie kończy :) Za zaporą znajduje się najdłuższy tunel w Rumunii przecinający łańcuch górski.

Typowy widok przy drogach rumuńskich
 

W dalszej drodze zwiedziliśmy Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej w Curtea de Argeș z XVI wieku.



Z budową cerkwi związana jest legenda według której twórcą cerkwi był mistrz Manolo. Gdy rozpoczął on pracę nad budową świątyni, wszystko, co zdołał zbudować w ciągu dnia, ulegało zniszczeniu w nocy. Pewnej nocy mistrz miał sen, w którym dowiedział się, że ukończy prace tylko wtedy, jeśli poświęci własną żonę, zamurowując ją w ścianie budowanej cerkwi. Twórca nie zawahał się tego uczynić następnego dnia. Kiedy cerkiew była już gotowa, jej fundator uwięził Manolo w wieży świątyni, nie chcąc, by ten stworzył jeszcze inne obiekty porównywalnej urody. Mistrz usiłował uciec na skonstruowanych przez siebie skrzydłach, spadł jednak na ziemię i zginął.


W końcu dotarliśmy do stolicy Rumunii Bukaresztu. Samo miasto nie różni się znacznie od typowych stolic Europy wschodniej z licznymi naleciałościami czasów komunistycznych co widać zwłaszcza w zabudowie. Ogólnie ta część Rumunii ma charakter typowy dla krajów postkomunistycznych. Władca Nicolae Ceaușescu nakazał zburzenie 1/5 zabudowy starówki, ale realizować swoje plany przebudowy miasta.

Miasto co prawda posiada liczne zabytki, historyczne budynki, ale nie da się nie zauważyć wprowadzanego w życie programu systematyzującego Nicolae Ceaușescu. Chyba najlepszym, a z pewnością największym tego przykładem jest Pałac Parlamentu dawniej znany jako Pałac Ludowy. Ogrom tego budynku robi piorunujące wrażenie. 
Pałac można zwiedzać i warto to zrobić, mimo że nie jest to tania atrakcja (za możliwość fotografowania musimy dodatkowo zapłacić) choćby po to, aby zobaczyć co mania wielkości jednego człowieka może uczynić. Aż trudno sobie wyobrazić, że taki kolos mógł być budowany z rozkazu i dla jednej w sumie osoby. 

Aby pałac mógł powstać trzeba było rozebrać aż 7 km2 centrum starego miasta i przesiedlić niemal 40 tys. osób. Budowę nadzorowało 700 architektów i aż dziw, że potrafili się ze sobą dogadać i wybudować gmach tak spójny architektonicznie. 
Pałac posiada około 1100 pomieszczeń, w 440 z nich mieszczą się biura, ponadto znajduje się tu 30 wielofunkcyjnych sal (największa z nich ma 16 metrów wysokości i kubaturę 2200 m³ i naprawdę robi wielkie wrażenie), 4 restauracje, 3 biblioteki, dwa parkingi podziemne, jedna sala koncertowa.

Największa 16 metrowej wysokości sala w pałacu




Widok na ogrody z balkonu wielkiej sali

rumuńskie Pola Elizejskie


Pałac posiada 12 nadziemnych kondygnacji, pod ziemią znajduje się osiem poziomów, z których cztery wciąż nie są wdrożone do eksploatacji.
Do jego budowy użyto wyłącznie pochodzący z Transylwanii marmur.

Jeśli ktoś narzeka na komunikację w naszych miastach powinien się sprawdzić choćby w Bukareszcie :)
Z Bukaresztu pojechaliśmy na wycieczkę zobaczyć błotne wulkany Noroiosi ok. 150 km od miasta. W tak zielonym zakątku ziemi nagle przenieśliśmy się w zupełnie odmienne miejsce. Krajobraz iście księżycowy. Wulkany wchodzą w skład geologicznego rezerwatu przyrody. Wrażenie robią niesamowite kiedy z tak bliska ogląda się strumienie płynącego błota wydobywającego się z niewielkich stożkowych kraterów niczym lawa z wulkanu. Błotniste bąble, spękana ziemia i ani jednej maleńkiej roślinki, za to dookoła tego terenu zielono jak w raju :)




Kapliczka tuż koło przydrożnego baru.
Kolejny przystanek już w drodze powrotnej to Sibiu. Miasteczko pochodzi z XII wieku. Jest to dość klimatyczne miasto z licznymi wąskimi uliczkami i kawiarniami.



Ostatni przystanek przed powrotem do domu to Timișoara. Ale jak się okazało dotarcie tam nie było wcale takie łatwe. Przez cały pobyt (czyli niemal 9 dni) cieszyliśmy się idealną, wręcz upalną pogodą. Słońca zdecydowanie było pod dostatkiem. Jednak w nocy tuż przed wyjazdem spadł dość mocny deszcz. Okazało się, że tuż za miastem czeka na nas kilkunastokilometrowy korek ponieważ deszcz dość mocno podmył trasę. Nie chcąc tracić czasu postanowiliśmy nieco objechać całość i jedyna droga była przez... góry. Może i nie do końca był to przemyślany krok biorąc pod uwagę, że i tu deszcz dał się mocno we znaki. Wioski z podmytymi stokami górskimi, osuwiska błotne zarówno w miasteczkach jak i na trasie (choć służby porządkowe spisywały się na medal na bieżąco usuwając skutki nocnych opadów)  jednak szczęśliwie dojechaliśmy tam gdzie planowaliśmy.

Pogoda nie rozpieszczała nas tym razem w trasie. Nisko wiszące ciemne chmury nie zapowiadały niczego dobrego jednak postanowiliśmy zobaczyć kolejną atrakcję Rumunii tj. średniowieczny zamek w Hunedoarze Zamek Korwinów z XII-XIII wieku. Potężna twierdza bardzo dobrze zachowana. Zamek wygląda jakby był z bajki ze swoimi strzelistymi czerwonymi wieżyczkami, otoczony głęboką fosą i zielonymi żywopłotami. Do zamku prowadzi jedynie przewieszona przez fosę drewniana (w czasie deszczu bardzo śliska) kładka. Wnętrze zamku zachowane jest w dość surowym stanie.

Wewnętrzny dziedziniec zamku

W drodze
Ostatni przystanek w Rumunii - Timișoara.


W tle widoczna cerkiew

Pomimo tylu tysięcy przejechanych kilometrów te 10 dni spędzone w Rumunii zapadną głęboko w pamięci. Choć w takim tempie trudno mówić o dokładnym zwiedzeniu kraju był to dobry początek. Zdecydowanie trzeba będzie tam wrócić z pewnością nie raz.
Na prawdę gorąco polecam tym wszystkim, którzy lubią podróżować i odwiedzać tak piękne zakątki Europy.